HISTORIAGALERIA PLAKATUKONTAKTGALERIA ZDJĘĆPLAN MIASTA DO POBRANIANEWSLETTER
ZAPROSZENIEPROGRAMUCZESTNICYAKTUALNOŚCIJURYWYNIKI

26 sierpnia - Kołomyjka do tańca przygrywa...

Piękna pogoda, taka, jakiej w tym roku jeszcze w Tatrach nie było wczoraj się wyraźnie popsuła. Góry od czasu do czasu skrywały się w chmurach, w Zakopanem było "dusno i porno"...


Wydawało się, że za chwilę rozpęta się burza i ci, którzy z przewodnikami wybrali się na Łomnicę musieli się najeść strachu. I tym razem jednak aura okazała się łaskawa, i dobrze, bowiem program festiwalowy zmuszał do biegania z jednego końca miasta na drugi. Koziniec, a dokładniej mieszczącą się tam Galerię Sztuki im. J. i W. Kulczyckich opanowały Japonki. "Dzień Kultury Japońskiej" miał zrazu odbyć się w "Białej Izbie" Związku Podhalan. W ostatniej chwili okazało się jednak, że akustyka tej sali jest fatalna i nie nadaje się do zaplanowanych prezentacji.
Japonki były jak z obrazka - niewysokie, o okrągłych buziach, przywdziane w bajecznie kolorowe kimona. Prowadzone przez panią Atsuko Ogawa komentarze wprowadzały nas w świat kultury dawnej Japonii, tej sprzed ery komputerów i telewizorów noszonych w charakterze spinek do mankietów. Pojęcia takie jak ikebana lub origami nie są nam obce. Co innego jednak czytać o nich w polskojęzycznych wydawnictwach, co innego obserwować jak powstają w zręcznych rękach ślicznych Japonek. Festiwalowi widzowie przyzwyczajeni są do obcych brzmień i trudno ich czymkolwiek zaimponować, ale to co płynęło z starodawnych instrumentów śmiało można nazwać tchnieniem boskiego wiatru. Trochę Europy wróciło na Koziniec dopiero wieczorem, gdy Atsuko Ogawa, dusza całego przedsięwzięcia a jednocześnie uznana pianistka zaprezentowała kilka utworów współczesnych japońskich kompozytorów, będących pod wyraźnym wpływem kultury Zachodu.
Zakopiański festiwal co roku jest okazją do odwiedzenia artystów, zarówno tych profesjonalnych, jak i zajmujących się sztuką "po godzinach". Można ich odwiedzać każdego festiwalowego dnia. Niegdyś ich galerie objeżdżali jurorzy i liczni dziennikarze. Z roku na rok zainteresowanie zakopiańskimi artystami malało, odwiedzani byli tylko ci o bardzo modnych i powtarzanych nazwiskach. Nie wiem czym tłumaczyć to zjawisko, może tym, że o tych artystach wiemy mało, że żaden z zakopiańskich ośrodków animacji kultury nie wpadł na pomysł, aby poświęcić im osobne wydawnictwo, a ich samych z reguły nie mających wystarczającej siły przebicia nie stać na opracowanie i rozreklamowanie swojego curriculum vitae. Warto jednak zauważyć, że w tegorocznym wykazie otwartych pracowni pojawiły się nowe nazwiska, jak na przykład Marii i Jerzego Gruszczyńskich, tego ostatniego zapewne znanego wszystkim miłośnikom muzyki elektronicznej. Wspomnijmy też, że prace kilkunastu zakopiańskich rzeźbiarzy i artystów-tkaczy można oglądać w sali wystawowej Biura Wystaw Artystycznych.
Festiwal Folkloru Ziem Górskich jest także okazją do zaprezentowania twórczości artystów parających się piórem. Jak co roku o tej porze i tym razem wtorkowe posiady w "ĺwarnej" poświęcono laureatom dorocznego konkursu poetyckiego na wiersz o tematyce górskiej im. Tadeusza Staicha. Co roku do Zakopanego nadsyłanych jest wiele wierszy prezentujących wprawdzie różny stopień zaawansowania literackiego, ale zawsze zawierający duży ładunek miłości do gór. Warto to wiedzieć, gdyż ich twórcy często mają za oknami nie Giewont, a dymiące kominy Śląska, beznadziejne równiny Mazowsza, czy ginące we mgle wody Wielkich Jezior. Jurorzy pod przewodnictwem Mieczysława Mantyki przeczytali 158 wierszy nadesłanych przez 57 autorów. W kategorii wierszy pisanych gwarą postanowiono nie przyznawać pierwszego miejsca, drugim za uhonorować Roberta Kowalczyka z Lipnicy Wielkiej na Orawie. Mieczysław Król z Zakopanego i Maria Mateja Torbiarz z Krzeptówek otrzymali wyróżnienia. Lepiej było w kategorii utworów pisanych literacka polszczyzna. Antoniemu Wojciechowi Smakowiczowi z Krakowa, Szczepanowi Mikrucie z Gorlic i Julianowi Stanieckiemu z Rabki postanowiono przyznać trzy równorzędne pierwsze miejsca, a Jerzemu Tawłowiczowi z Zakopanego - wyróżnienie.
Mimo bogatego życia toczącego się wokół festiwalu w centrum zainteresowania pozostawały jednak zaproszone go Zakopanego góralskie zespoły. Dotarli wreszcie do Zakopanego Huculi z Iwano-Frankowska, starszym Polakom znanego raczej pod swojską nazwą Stanisławów. Na myśl, że to właśnie polscy etnografowie czynili pierwsze kroki w poznawaniu zwyczajów tego wspaniałego narodu znad Prutu i Czeremoszu, wielu zapewne uroniło łezkę. Dla młodszego pokolenia kołomyjka pozostanie jednak pustym dźwiękiem, słowem znanym co najwyżej ze starej piosenki, co "do tańca przygrywa". Występujący w kategorii zespołów stylizowanych zespół z Iwano-Frankowska okazał się godnym następcą tradycji Mojsjejewa i z festiwalowej sceny tchnęła "wsiechnarodna" komercja.
Słaba znajomość geografii nie pozwala nic więcej powiedzieć o górach Togo, poza tym, że najwyższy szczyt nie sięga tam 900 metrów nad poziom Zatoki Gwinejskiej. Można natomiast powiedzieć, że urocze czarnoskóre dziewczyny i wspaniali chłopcy podbili zakopiańską publiczność. Nie powinno być to dla nikogo zaskoczeniem, bowiem już wcześniej gościli w różnych zakątkach opolszczyzny, wszędzie wzbudzając zainteresowanie, aplauz i zachwyt. Ks. Krystian Szeliga, który po latach starań i przekonywań tamtejszych władz doprowadził do wyjazdu swoich podopiecznych z Czarnego Lądu, na korowodzie widziany w długiej białe misjonarskiej sutannie, na scenie wystąpił w kolorowej mam-mam - o ile się to tak nazywa - i afrykańskim toczku na głowie, który zapewne też ma swoją miejscową nazwę. Dla czarnoskórej młodzieży był to pierwszy krok poza ich kraj. Świat, który się przed nimi otworzył poznają zachłannie i z młodzieńczą ufnościa. W poniedziałek byli w Wadowicach i Krakowie i zapewne na tym nie skończy się ich poznawanie Kraju Papieża. Na scenie byli rewelacyjny. Poszczególne tańce przerywane były minihomiliami ojca Krystiana, który mówił o roli Afryki we współczesnym świecie. Rozgrzana gorącymi rytmami zakopiańska publiczność oszalała, gdy czarnoskórzy goście z lekkim tylko afrykańskim akcentem zaśpiewali "Góralu, czy ci nie żal" - z przejęciem takim, jakby to oni właśnie wyjechali spod Giewontu za chlebem do Afryki. Ciekawostką niech będzie tylko fakt, że część wiersza Bałuckiego zaśpiewali... po francusku.
Późnym wieczorem wystąpili Szkoci, Macedończycy i dwa zespoły polskie - z Bilska i Brennej. Relację z tej części koncertów zmuszeni jesteśmy odłożyć do innej okazji. Jutro ostatni dzień występów konkursowych. Od czwartku zabawa na całkowitym luzie.

« Powrót

„Dofinansowano ze środków Ministra Kultury
i Dziedzictwa Narodowego”
Partner Główny





 

 



Projekt: Agnieszka Knapik    |    Powered by AntCms MATinternet Zakopane 1999-2017